
Czwartek.
Jak gdyby nigdy nic siedze sobie w pracy i uzeram sie z Hindusami, hotelami na konferencje, Doiry, drobiazgami w stylu: skonczyl sie klej itd., gdy nagle okazuje sie, ze ktos dostarczyl dla mnie przesylke. Uuuu, przesylka dla mnie, Pani Prezes? Ale to nie zaproszenie na Bradzo-Oficjalne-Wydarzenie ale... 500 roz i list milosny!
Oczywiscie w glebi swej proznosci jestem bardzo mile polechtana z drugiej jednak strony afera na cale biuro i ogolne zamieszanie z Szefem na czele, ktory straszy adoratorami-porywaczami. Rozdaje czesc bukietu bo przeciez nie wsiade do indyjskiego autobusu z takim wianem. Wychodze z pracy, mysle o potencjalnym dostawcy, wyciagam komorke - sms'ami dotre do tajemniczego wielbiciela. Jestem ubawiona, jak codzien zmeczona po pracy, zamyslona - nie zwracam juz uwagi na dziwactwa hinduskiej ulicy. Nagle ktos zachodzi mnie od tylu i chwyta za ramie. Odruchowo odwracam sie by krzyknac i odepchnac natreta a tu... Krzys!!!
A raczej Krzysiek. Przed wyjazdem do Indii przez 500 dni wierzylam, ze bede jego zona. Na pare dni przed wyjazdem sprawil, ze przestalam wierzyc. I wlasnie wtedy , gdy (jak mam w zwyczaju) otrzasnelam szybciutko piorka by pofrunac dalej w swiat, niespodzianka z Polski przybywa. Ja zawsze wiedzialam, ze Krzysiek jest pozytywanym swirem, ale nie spodziewalam sie, ze w tajemnicy przyleci do Indii by mnie odzyskac. Zreszta, przeciez takie rzeczy zdarzaja sie tylko w dosc szmirowaych romansach. Prawdziwe zycie, szczegolnie wlasne nie jest jednak szmirowtym romansem. Ale ta szczegolna scena: ja z bukietem, pisekiem, lzami i o z twarza skurczona z nerwow, kamera w reku, by uwiecznic te wiekopomna chwile, przytulajacy sie w miejscu publicznym to dopiero bylo widowisko dla setek przechodniow. Zazwyczaj by zobaczyc takie sceny musza zaplacic 120 rupii - tyle kosztuje bilet do kina.
Jedziemy na plaze, kolacje, sniadanie. Rozmawiamy. Rozmawiamy. Rozmawiamy... Ja naprawde jestem wsicekla. Jestem wsciekla na niego za to, ze smial powiedziec, ze nie wie czy mnie jeszcze kocha. Jestem wsciekla na to, ze w taki glupi sposob chcial mojego dobra. Jestem tez wciekla po jego nieoczekiwanym przyjezdzie, dlatego ze znowu wywraca mi swiat do gory nogami. Jestem wsciekla, bo za rogiem, niczym wyrzut sumienia, czeka zupelnie nowa, apetyczna, bezproblemowa, absolutnie ekscutujaca przygoda, ktorej chce sprobowac. Decyduje nie podejmowac zadnych decyzji a tymczasem pokazuje Krzyskowi Chennai, moje wszystkie wydeptane sciezki do swiatyn, restauracji i sklepikow z bananami. Ciesze sie z nim, jakbym widziala to wszystko po raz pierwszy.
Niespodziwanie szybko nadchodzi piatek i moja zaplanowana wycieczka nad Morze Arabskie z Pasza z Rosji. Jeszcze nie wiem, czy tego chce czy nie ale Krzys jedzie z nami. Trzeba mu zalatwic bilet co nie jest takie proste. Koleje indyjskie to najwiekszy pracowdawca swiata - 1,5 miliona ludzi. Mozna sobie tylko wyobrazic ilu ludzi jezdzi pociagami i co sie dzieje na dworcach. Pasza zarezerwowal nasze bilety juz miesiac wczesniej, kolejka do kasy za miejscowka dla K. ciagnie sie na kilometr. Chyba jakas czesc mnie bardzo chce by jechal z nami, bo uzywajac swojej bialej skory i (nieskromnie zauwazajac) uroku osobistego, odgrywajac Zagubiona w Czasie i Przestrzeni Blondynke bezczelnie wpycham sie na sam przod ogonka i zdobywam dodatkowy bilet. Idziemy na peron - pociag ma nieskonczona ilosc wagonow, gdy w koncu znajdujemy nasz okazuje sie, ze Pasza pomylil perony. Uh. W koncu (po kolejnych 15 minutach biegania) jestesmy we wlasciwym przedziale. Wnetrze pojazdu bardziej przypomina mi wiezienie: karaluchy tancza salse, "kuszetki" twarde i waskie jak prycze przykute lancuchami do scian jedna nad druga, przeludnienie, brudne toalety i dziwaczna atmosfera porozumienia w niedoli.
Przygoda, przygoda, kazdej chwili szkoda.
Ku zgorszeniu hindusow (znowu!) dziele z K. prycze - jego bilet nie obejmuje nawet takiego luksusu. Brytyjczycy wybudowali kolej, niestety Hindusi nia zarzadzaja. Docieramy do Kerali rano - mamy przed soba dwa urocze dni w jednym z turystycznych stanow Indii. K. ze swoja kamera i Wielkimi Oczyma jest turysta wlasnie, ja i Pasza "prawie tubylcy" instruujemy go jak jesc, co pic i tlumaczymy dlaczego nie uwazac Hindusow za gejow. Im bardziej na poludnie naszej planety tym wieksze znaczenie ma meska przyjazn i tym mniejsza tolerancja dla homoseksualistow. Tutaj mezczyzni sa bardzo wylewni w okazywaniu sobie sympatii co obejmuje: trzymanie sie za rece, przytulanie i obejmowanie. Problem homofobii oczywiscie nie isnieje bo oficjalnie homoseksualistow brak buahaha.
Dla mnie ta sobota to trzeci Dzien dziecka w Indiach - plaza. Ta w Aleppi nad Morzem Arabskim (mmm egzotyka) jest pusta, czysta i w poblizu palmowego gaju. Szczyt szczescia. Palimy sie w sloncu, K. przynosi mi kwatka - wielkiego na dwa metry liscia sluzacego potem za parawan i jest po prostu slicznie.
Po poludniu przenosimy sie na przystan - czeka nas przeprawa publicznym promem po jeziorach Kerali. Po dwoch godzinach czekania, butelce whiski i Todi - hinduskiego wynalazku zrobionego ze sfermentowanego na drozdzach mleka kokosowego (ktory smakuje jak koksowe tanie wino :) wskakujemy na poklad. Jest pieknie, troche jak na naszych Mazurach - woda, zielono, i tez pachnie pieczonymi ziemniakami ale reszta zupelnie jak z Discovery Channel. Bambusowe chatki ukryte pomiedzy jeziorami i kanalami. Znowu nie umiem znalezc slow...Zyjac w XXI wieku w Europie nie moge uwierzyc, ze istnieja jeszcze tak dzikie zakatki , choc co drugi dzien widze je przeciez na ekranie telewizora.
Docieramy na miejsce poznym wieczorem. Znajdujemy nocleg, dobra i tania restauracje na dachu jednego z hoteli. Pasza prowadzi wycieczke. Jest kochanym czlowiekiem - manager naszego mieszkania organizujacy smsowe wybory nowej lodowki, placacy rachunki, rugajacy sprzataczki, swietny organizator wycieczki choc krzykliwy i despotyczny. Krzys podejrzewa tez, ze jest troche zazrrosny - w koncu mial to byc wypad we dwoje. Moze na cos liczyl? Mi takie rzeczy wciaz nie przychodza do glowy, a moze powinny? W kazdym razie szybko spac - pobudka o 6 rano na wycieczke do sanktuarium ptakow. Rano nie jestem zbyt szczesliwa szczegolnie po tym jak na dworcu autobusowym jedna szalona babulinka probuje wyzebrac od nas pare rupii a Pasza bije ja po rekach za rzekome wkladanie mu wychudzonych rak do kieszeni. Moze po poltorej roku w Indiach mozna nabawic sie takiej znieczulicy...?
Na miejscu okazuje sie, ze warto bylo tak wczesnie wstawac by lazic po dzungli ze wschodem slonca. Jesli Hindusi w zasadzie nie wiedza co to znaczy kontrola zanieczyszczen i utylizacja smieci to w tym parku na kazdym kroku znaki prosza o zachowanie czystosci.
Cisza, spokoj, ramie za ktorym przeciez tak bardzo tresknilam na wyciagniecie reki i w koncu bezgranicznie oddane. Jeszcze dwie przeprawy lodka i jestem z K. na plazay. Tone we lzach. Wzruszenia, szczescia, zalu? Nie wiem, ale w polowie szczesliwej wizji o bialym domku z bialym plotkiem K. przerywa by wykrzyknac, ze.... zgubil kamere. K***a, dlaczego takie rzeczy przytrafiaja sie wlasnie mnie? Na pol godziny przed odjazdem pociagu w szale poszukiwan psuje sie jeszcze jego aparat fotografczny i szlag wszytko trafia. Zlatuja sie policjanci, plazowi straznicy, gapie. K. zostaje w Kerali by szukac naszych filmikow a ja wsiadam do pociagu, ktory wiezie mnie do prosto do pracy w poniedzialkowy poranek. I znowu go nie ma. Dlaczego? Pewnie po to bym uswiadomila sobie, ze mimo wszystko bardzo za nim tesknie. Niespodzianka?
ZDJECIE: Krypy- plywajace Hiltony, za jedyne 200 zl dziennie. Czy ktos chce jeszcze jechac do Egiptu :))) ?