
Ekipa z domu wydaje sie byc znudzona Indiami tzn. dla nich to juz normalne zycie. Ja jestem na samym poczatku i przez ich zasiedzenie czuje znaczny spadek energii.
Piatek w pracy – dzien czekania na Szefa. To urocze, gdy przychodzi wszyscy nagle sie ozywiaja, zaczynaja robic 5000 rzeczy na raz. Tylko pratykantka z Chin ostentacyjnie spi na biurku. Moze ona jest codziennie na kacu?
I ja doczekalam sie audeincji u Sampatha – zaplaca mi zgodnie z umowa i bede miala soboty wolne huha!
Piatkowy wieczor z ekipa z domu w indyjskiej restauracji, wciaz unikam przypraw w zbyt wielkiej ilosci ale jedzenie bylo pycha! Potem staralismy sie znalezc jakis alkohol w miescie ale po 23 jestes skazany na drogie hotele albo nielegalne zrodla, ktorych i tak nie ma.
W sobote rano wybralam sie do swiatyni, ktora widuje z okien autobusu jadacego do pracy. W swojej spodniczce, kolorowej koszulce i z papieroskiem w dloni jestem sensacja na ulicy. Niektorzys ie ze mnie smiejaL hihihi Prawdziwa lekcja pt:” Jak miec gdzies co inni o tobie powiedza”. Ale ja wiem, ze oni nie robia tego zlosliwie.
Swiatynia na swiezym powietrzu, ludzie przesiaduja w cieniu i sobie rozmawiaja (fajnie bylo by miec takie koscioly w PL), biedni dostaja jedzenie za darmo, nigdzie nie widac kaplanow . Luz. Spotykam studenta przewodnika , ktory wyjasnia mi meandry hinduizmu. Oczywiscie nic za darmo. „Zachod slonca jest za darmo...” ale juz za przewodnika, niechciane kwiaty jasminu i pozostawienie butow przed swiatynia musze zapacic. „Co laska” tu tez oznacza, ze wracam do domu splukanaL
Leniwe popoludnie, wieczor z aiesec’owcami na imprezce. Odwiedziny u jednego alumni (osoba ktora juz „ukonczyla” aiesec) – chlopaczek jest troche mlodszy ode mnie, rodzicow nie ma, szofer taty ma dac znac, kiedy beda wracac i wtedy musimy opuscic dom (a raczej najfajniejsza-rezydencje-jaka-w-zyciu-widzialam). Czuje sie znowu jak 16 latka i chichocze jak oblakana (nie tylko z powodu ucieczki) Potem jedziemy do Mary Brown – indyjski fast food jak oczywiscie nic nie jem bo wszystko jest zbyt pikantne, motyla noga, nawet czipsy sa pikantne!!! Obiecuja plaze ale jezdzimy jeszcze z godzine samochodem tam i siam w zasadzie nie wiadomo po co i w koncu Sid odwozi mnie do domu. Hmmm, dziwny sposob na spedzanie imprezy.
Niedziela, znow mam obiecana plaze ale juz sie nawet nie nastawiam. Fakt aiesec’owcy wpadaja po poludniu z urocza i niemoralna propozycja ale jest 17, ja ide na kolacje z szefem i w ogole jest NIEDZIELA czuje sie jak wlasna babcia ihihihi
Ide na kolacje z szefem ale najpierw musze wysluchac wszystkich mozliwych historii pt. „bo kolezanka mojego kolegi byla lapana za kolano” wrr. Efekt jest taki, ze ubieram sie jak zakonnica i przez pol wieczoru siedze sztywno. Pan Sampath zabiera mnie swoim luksusowym wozem z szoferem do "Guindy Club" podobno bardzo prestizowego klubu w miescie. Jest basen, fakt, i ladny trawnik ale jakosc obslugi i sama resturacja w niczym nie przypomina prestizowego klubu. Oprocz tego szef przynosi butelke wina (swoj alkohol!) i drobne prezenty dla mnie co jeszcze bardziej wzmaza moja czujnosc. Po godzinie grzecznie odwozi mnie do domu...
Poznym wieczorem zwabiona halasem ide na indyjskie wesele. Wow. Ludzie spiewaja i tancza jak na jakims "Disocvery", sa clown'i, muzyka na zywo i oltarz z kwiatow przedstwiajacy pare mloda, przed ktorym pala ogien i rozbijaja arbuzy. Mimo ze w dresie znowu jestem entyzjastycznie witana przez tlum i zapraszana do wspolnego tanca. Jakbym niechciala bym niewidzialnym obserwatorem nie moge sie ukryc z ta swoja biala skora, w ktorej czuje sie bardzo...bialo. ihihih
Piatek w pracy – dzien czekania na Szefa. To urocze, gdy przychodzi wszyscy nagle sie ozywiaja, zaczynaja robic 5000 rzeczy na raz. Tylko pratykantka z Chin ostentacyjnie spi na biurku. Moze ona jest codziennie na kacu?
I ja doczekalam sie audeincji u Sampatha – zaplaca mi zgodnie z umowa i bede miala soboty wolne huha!
Piatkowy wieczor z ekipa z domu w indyjskiej restauracji, wciaz unikam przypraw w zbyt wielkiej ilosci ale jedzenie bylo pycha! Potem staralismy sie znalezc jakis alkohol w miescie ale po 23 jestes skazany na drogie hotele albo nielegalne zrodla, ktorych i tak nie ma.
W sobote rano wybralam sie do swiatyni, ktora widuje z okien autobusu jadacego do pracy. W swojej spodniczce, kolorowej koszulce i z papieroskiem w dloni jestem sensacja na ulicy. Niektorzys ie ze mnie smiejaL hihihi Prawdziwa lekcja pt:” Jak miec gdzies co inni o tobie powiedza”. Ale ja wiem, ze oni nie robia tego zlosliwie.
Swiatynia na swiezym powietrzu, ludzie przesiaduja w cieniu i sobie rozmawiaja (fajnie bylo by miec takie koscioly w PL), biedni dostaja jedzenie za darmo, nigdzie nie widac kaplanow . Luz. Spotykam studenta przewodnika , ktory wyjasnia mi meandry hinduizmu. Oczywiscie nic za darmo. „Zachod slonca jest za darmo...” ale juz za przewodnika, niechciane kwiaty jasminu i pozostawienie butow przed swiatynia musze zapacic. „Co laska” tu tez oznacza, ze wracam do domu splukanaL
Leniwe popoludnie, wieczor z aiesec’owcami na imprezce. Odwiedziny u jednego alumni (osoba ktora juz „ukonczyla” aiesec) – chlopaczek jest troche mlodszy ode mnie, rodzicow nie ma, szofer taty ma dac znac, kiedy beda wracac i wtedy musimy opuscic dom (a raczej najfajniejsza-rezydencje-jaka-w-zyciu-widzialam). Czuje sie znowu jak 16 latka i chichocze jak oblakana (nie tylko z powodu ucieczki) Potem jedziemy do Mary Brown – indyjski fast food jak oczywiscie nic nie jem bo wszystko jest zbyt pikantne, motyla noga, nawet czipsy sa pikantne!!! Obiecuja plaze ale jezdzimy jeszcze z godzine samochodem tam i siam w zasadzie nie wiadomo po co i w koncu Sid odwozi mnie do domu. Hmmm, dziwny sposob na spedzanie imprezy.
Niedziela, znow mam obiecana plaze ale juz sie nawet nie nastawiam. Fakt aiesec’owcy wpadaja po poludniu z urocza i niemoralna propozycja ale jest 17, ja ide na kolacje z szefem i w ogole jest NIEDZIELA czuje sie jak wlasna babcia ihihihi
Ide na kolacje z szefem ale najpierw musze wysluchac wszystkich mozliwych historii pt. „bo kolezanka mojego kolegi byla lapana za kolano” wrr. Efekt jest taki, ze ubieram sie jak zakonnica i przez pol wieczoru siedze sztywno. Pan Sampath zabiera mnie swoim luksusowym wozem z szoferem do "Guindy Club" podobno bardzo prestizowego klubu w miescie. Jest basen, fakt, i ladny trawnik ale jakosc obslugi i sama resturacja w niczym nie przypomina prestizowego klubu. Oprocz tego szef przynosi butelke wina (swoj alkohol!) i drobne prezenty dla mnie co jeszcze bardziej wzmaza moja czujnosc. Po godzinie grzecznie odwozi mnie do domu...
Poznym wieczorem zwabiona halasem ide na indyjskie wesele. Wow. Ludzie spiewaja i tancza jak na jakims "Disocvery", sa clown'i, muzyka na zywo i oltarz z kwiatow przedstwiajacy pare mloda, przed ktorym pala ogien i rozbijaja arbuzy. Mimo ze w dresie znowu jestem entyzjastycznie witana przez tlum i zapraszana do wspolnego tanca. Jakbym niechciala bym niewidzialnym obserwatorem nie moge sie ukryc z ta swoja biala skora, w ktorej czuje sie bardzo...bialo. ihihih
ZDJECIE: swiatynia, a to zolte u dolu - riksza:)


