8/06/2007

PIATEK tygodnia koniec i poczatek.


Ekipa z domu wydaje sie byc znudzona Indiami tzn. dla nich to juz normalne zycie. Ja jestem na samym poczatku i przez ich zasiedzenie czuje znaczny spadek energii.
Piatek w pracy – dzien czekania na Szefa. To urocze, gdy przychodzi wszyscy nagle sie ozywiaja, zaczynaja robic 5000 rzeczy na raz. Tylko pratykantka z Chin ostentacyjnie spi na biurku. Moze ona jest codziennie na kacu?
I ja doczekalam sie audeincji u Sampatha – zaplaca mi zgodnie z umowa i bede miala soboty wolne huha!
Piatkowy wieczor z ekipa z domu w indyjskiej restauracji, wciaz unikam przypraw w zbyt wielkiej ilosci ale jedzenie bylo pycha! Potem staralismy sie znalezc jakis alkohol w miescie ale po 23 jestes skazany na drogie hotele albo nielegalne zrodla, ktorych i tak nie ma.
W sobote rano wybralam sie do swiatyni, ktora widuje z okien autobusu jadacego do pracy. W swojej spodniczce, kolorowej koszulce i z papieroskiem w dloni jestem sensacja na ulicy. Niektorzys ie ze mnie smiejaL hihihi Prawdziwa lekcja pt:” Jak miec gdzies co inni o tobie powiedza”. Ale ja wiem, ze oni nie robia tego zlosliwie.

Swiatynia na swiezym powietrzu, ludzie przesiaduja w cieniu i sobie rozmawiaja (fajnie bylo by miec takie koscioly w PL), biedni dostaja jedzenie za darmo, nigdzie nie widac kaplanow . Luz. Spotykam studenta przewodnika , ktory wyjasnia mi meandry hinduizmu. Oczywiscie nic za darmo. „Zachod slonca jest za darmo...” ale juz za przewodnika, niechciane kwiaty jasminu i pozostawienie butow przed swiatynia musze zapacic. „Co laska” tu tez oznacza, ze wracam do domu splukanaL
Leniwe popoludnie, wieczor z aiesec’owcami na imprezce. Odwiedziny u jednego alumni (osoba ktora juz „ukonczyla” aiesec) – chlopaczek jest troche mlodszy ode mnie, rodzicow nie ma, szofer taty ma dac znac, kiedy beda wracac i wtedy musimy opuscic dom (a raczej najfajniejsza-rezydencje-jaka-w-zyciu-widzialam). Czuje sie znowu jak 16 latka i chichocze jak oblakana (nie tylko z powodu ucieczki) Potem jedziemy do Mary Brown – indyjski fast food jak oczywiscie nic nie jem bo wszystko jest zbyt pikantne, motyla noga, nawet czipsy sa pikantne!!! Obiecuja plaze ale jezdzimy jeszcze z godzine samochodem tam i siam w zasadzie nie wiadomo po co i w koncu Sid odwozi mnie do domu. Hmmm, dziwny sposob na spedzanie imprezy.
Niedziela, znow mam obiecana plaze ale juz sie nawet nie nastawiam. Fakt aiesec’owcy wpadaja po poludniu z urocza i niemoralna propozycja ale jest 17, ja ide na kolacje z szefem i w ogole jest NIEDZIELA czuje sie jak wlasna babcia ihihihi
Ide na kolacje z szefem ale najpierw musze wysluchac wszystkich mozliwych historii pt. „bo kolezanka mojego kolegi byla lapana za kolano” wrr. Efekt jest taki, ze ubieram sie jak zakonnica i przez pol wieczoru siedze sztywno. Pan Sampath zabiera mnie swoim luksusowym wozem z szoferem do "Guindy Club" podobno bardzo prestizowego klubu w miescie. Jest basen, fakt, i ladny trawnik ale jakosc obslugi i sama resturacja w niczym nie przypomina prestizowego klubu. Oprocz tego szef przynosi butelke wina (swoj alkohol!) i drobne prezenty dla mnie co jeszcze bardziej wzmaza moja czujnosc. Po godzinie grzecznie odwozi mnie do domu...
Poznym wieczorem zwabiona halasem ide na indyjskie wesele. Wow. Ludzie spiewaja i tancza jak na jakims "Disocvery", sa clown'i, muzyka na zywo i oltarz z kwiatow przedstwiajacy pare mloda, przed ktorym pala ogien i rozbijaja arbuzy. Mimo ze w dresie znowu jestem entyzjastycznie witana przez tlum i zapraszana do wspolnego tanca. Jakbym niechciala bym niewidzialnym obserwatorem nie moge sie ukryc z ta swoja biala skora, w ktorej czuje sie bardzo...bialo. ihihih
ZDJECIE: swiatynia, a to zolte u dolu - riksza:)

W czwartek...


szefa nie ma wiec wszyscy robia co chca i nikt nie pracuje. Oprocz mnie...oczywiscie. Bardzo irytuje sama siebie postawa typu „jak tak mozna”. Moze dlatego tu jest tylu ludzi, bo nikt nie umiera przez 30 na zawal i wrzody ze stresu hahaha. Pocieszajace, ze moje wysilki sa dostrzegane. W ogole sa dla mnie BARDZO mili i ja tez ich lubieJ.
Pan Sampath aka Szef ma dwoch sekretarzy pana Kumara i pana Rama. Oprocz nich jest jeszcze Sasi – sekretarka(?) i Mani – chlopiec od wszystkiego, nie mowi po angielsku ale zna sie na komputerach, parzeniu herbaty i zdejmowaniu butow przez wejsciem do biura Szefa. Hindusi sa bardzo hierarchiczni.
Ogarniam pranie i zakupy. Potem uroczy wieczor ze wspolokatorami (nie lubie tego slowa – bardziej pasuje angielskie „flatmates”).
troche martwie sie o finanse, prawdopodobnie tylko dlatego, ze jestem skapa, a moze dlatego, ze dzisiaj duzo wypadla: riksza, zakupy, kregle. Przestaje pisac o swoich wrazeniach na temat tutejszej kultury bo na razie widze same skarajnosci. Za pare tygodni wroce do tego. Jak tylko zaczenie mie sie w glowce ukladac
ZDJECIE: sklep z garnkami

Praca i nowe mieszkanie


Wczoraj 1 dzien w pracy. Mialam byc gotowa o 14.30. O 12.00 wpada jakis obcy chlopaczek i kaze mi sie zbierac. Jestem Pani Totalnie Spanikowana. Mamy byc na miejscu o 14.00 ale droga daleka, trzeba sie spieszyc. Szybciutko sie szykuje, po czym okazuje sie, ze mamy jeszcze sporo czasu. Zrozum Hindusa! Jemy “lunch” czyli pizze na stacji benzynowej – najgorsza jaka jadlam w zyciu z mnostwem przypraw i parowka. Miesa jest w Indiach malo, wiekszosc Hindusow to wegetarianie. Zdarza sie kurczak, ryba, parowki. Wroce do Polski i zjem najwiekszego schabowego jaki istnieje!
Poznaje szefa – bardzo wyksztalcony i “swiatowy” czlowiek, wiele podrozuje gdyz jest zapraszany przez rozne osobistosci np. Hillary Clinton. Z drugiej strony nasze biuro wyglada jak melina na Mieleckiej, nie obrazajac meliny na Mieleckiej. Robie dobre wrazenie HA!
Dostaje komputerek i pierwsze drobne zadania. Okazuje sie, ze beda mnie zywic raz dziennie. Jest jeszcze jedna praktykantka, dziewczyna z Chin ale ma wielkie problemy z angielskim i wydaje sie bardzo znudzona. O 18.00 koncze prace i prawie godzine czekam na laske z aiesec tylko po to, zeby wsadzila mnie do rikszy i wynegocjowala cene, co oczywiscie umiem juz zrobic sama. Przy okazji malo nie wpadam pod pedzacy motor.
MAMO, TATO obiecuje, ze od tej pory bede BARDZO ostrozna.
Wsciekala docieram do domu. Ktos ma mnie przeniesc sie do nowego mieszkania ale oczywiscie cicho i glucho. Dzwonie do Sid’a, aiesec’owca pochodzacego z Delhi, ktory juz mi bardzo pomogl. Dzien przez rozpoczeciem pracy zabral do miasta, pomogl kupic telefon i poszlismy do kina na Harego Pottera (w trakcie seansu jest przerwa!hiihi). Sid pojawia sie w ciagu 15 minut i jedziemy.
Ludzie na Nungambakam, gdzie teraz mieszkam, sa w Indiach od dluzszego czasu, mieszkaja juz razem z rok i potrzeba czasu bym sie “wkrecila”. Witaja mnie serdecznie ale nie cieplo. Ja z biegu wale miedzykulturowego babola, zmeczona calym dniem, mowie o problemach jakie z mialam z “china people” co w wolnym tlumaczeniu oznacza nie chinczykow a ludzi z porcelany. Troche tak jakby “Polish people” oznaczalo nie Polakow a polerki. Szybciutko sie poprawiam i mowie glosno i wyraznie, ze nie mam nic przeciwko ludziom z Chin ani skadkolwiek inad. Wszyscy w mieszkaniu sa “cool” co mnie troszeczke drazni. Wole tych cieplych i sympatycznych ludzi, ktorzy sprawiaja, ze czujesz sie jak w domu. I co z tego, ze cieple kluchy?
Pierwszy wieczor - filmik. Milo.
Ale co to za mieszkanie! Co za luksus! Pralka typu “Frania”, zelazko, kuchnia pelna naczyn, lazienka z toaleta zamiast dziury, zolte sciany, plastikowe krzesla. Prawie jak w domu. Prawie robi roznice. hihi
ZDJECIE: Matka-Hinduska

Trudne poczatki


Czwary dzien i ciagle pada. Mam bardzo zle sny, chaotyczne koszmary. Szok kulturowy trwa.
Drugiego dnia bylam z aiesec’owcami na plazy pomagajac im w dzialaniach na rzecz organizacji. Piasek bardzo zolty, mnostwo biedoty i dzieciakow, straganow z zarciem i kiczu typowego dla takich miejsc jak np. wesole miasteczka. Bylo calkiem milo, oczywiscie nikt sie nie kapie ale zjedlismy sobie lody nad brzegiem. Potem jeszcze wizyta w kilku kawiarniach ale zrozum Hindusa w jakim celu.
Wciaz nie mam swojego miesjca w mieszkaniu. Para z chin (Tracy I John – okazuje sie, ze Chinczycy oprocz swoich uzywaja tez angielskich imion) miala byc rozdzielona, tak bym mogla mieszkac z dziwczyna ale pod zadnym pozorem nie chca sie zgodzic.
Powody:
1. Jesli chinska para zostanbie rozdzielona bedzie przekleta.
2. Wg. chinskiego “Zlotego Prawa”: Jesli czegos nie chcesz nie pozwol nikomu by cie do tego zmusil
Tak wiec wciaz spie katem na materacu w pokoju Serbek.

Trzeciego dnia jestem dzielna, niezalezna Podrozniczka (buahah), wiec biore mapre 12-milionowego Madrasu i ruszam na miasto. Cztery godziny piechota i rikszami: zaczynam od Uniwersytetu w Chennai (piekne kolonialne budynki), przez nadbrzezne muzea (?), do Portu Chennai. Slumsy – placze i mam odruch wymiotny, nie moge uwierzyc. A potem kolejne piekne kolonialne budynki stacji kolejowej i korporacji Madrasu (czymkolwiek ona jest).
Gubie droge i pozwalam zedrzec z siebie niebotyczne pieniadze za riksze czyli w zalotowkach przeplacam 60 groszy.
Z jednej strony wszedzie chca mnie oszukac i musze walczyc o kazde takie 60 groszy a z drugiej strony jako biala kobieta jestem traktowana jak VIP – przepuszczana w kolejkach, witana przez ludzi na ulicach, ale i zawsze pod obstrzalem setek par oczu.
Wracam do domu potwornie glodna – przez caly dzien nie moglam znalezc sensownego miejsca na posilek. Wspollokator z Chin – Karl, najmilszy z calej piatki – zabiera mnie do indyjskiej restauracji. Zamawiam pomidory z nan chlebkiem (najbezpieczniejsze) a moj towarzysz oczywiscie ryz. Na deser dostaje plasterek pomidora w cukrze – chinski przysmak. Zjadam dzielnie i jestem milo zaskoczona.
Potem jeszcze wizyta w “centrali telefonicznej” – cos w rodzaju sklepiku z budkami telefonicznymi jak na poczcie w PRL. Rozmowa z Krzysiem i Mama. Staram sie nie plakac ale opowiadajac o zyciu tutaj sama jestem zaskoczona jakie jest trudne. Brak czystej wody, gazu, ubostwo, materac na podlodze, slamsy, pogoda-sauna, komary, dziwne jedzenie itd.
Wieczor z Milena z Serbii i Younem z Holandii na pifku za niebotyczna cene 12 zl., pewnie dlatego, ze wiekszosc knajp jest w hotelach. W tzw. miedzyczasie okazuje sie, ze zwalnia sie miejsce w jednym z mieszkan i na dniach bede mogla sie przeniesc. Holender bedzie jednym z moich wspollokatorow. Bardzo sie ciesze ale szkoda mi zostawiac Serbki. Kochane dziewczyny, bardzo mi pomogly Same maja problemy, nie tylko z mieszkaniem ale i z praca. Jak do tej pory jakosc praktyk aiesec pozostawiam wiele do zyczenia.Bardzo zle sny – najglebsze leki, podswiadomosc na wierzchu. Po przebudzeniu nie wiem gdzie jestem i dlaczego. Jutro pierwszy dzien w pracy – bardzo dobrze
ZDJECIE: krowy w Madrasie