8/06/2007

Praca i nowe mieszkanie


Wczoraj 1 dzien w pracy. Mialam byc gotowa o 14.30. O 12.00 wpada jakis obcy chlopaczek i kaze mi sie zbierac. Jestem Pani Totalnie Spanikowana. Mamy byc na miejscu o 14.00 ale droga daleka, trzeba sie spieszyc. Szybciutko sie szykuje, po czym okazuje sie, ze mamy jeszcze sporo czasu. Zrozum Hindusa! Jemy “lunch” czyli pizze na stacji benzynowej – najgorsza jaka jadlam w zyciu z mnostwem przypraw i parowka. Miesa jest w Indiach malo, wiekszosc Hindusow to wegetarianie. Zdarza sie kurczak, ryba, parowki. Wroce do Polski i zjem najwiekszego schabowego jaki istnieje!
Poznaje szefa – bardzo wyksztalcony i “swiatowy” czlowiek, wiele podrozuje gdyz jest zapraszany przez rozne osobistosci np. Hillary Clinton. Z drugiej strony nasze biuro wyglada jak melina na Mieleckiej, nie obrazajac meliny na Mieleckiej. Robie dobre wrazenie HA!
Dostaje komputerek i pierwsze drobne zadania. Okazuje sie, ze beda mnie zywic raz dziennie. Jest jeszcze jedna praktykantka, dziewczyna z Chin ale ma wielkie problemy z angielskim i wydaje sie bardzo znudzona. O 18.00 koncze prace i prawie godzine czekam na laske z aiesec tylko po to, zeby wsadzila mnie do rikszy i wynegocjowala cene, co oczywiscie umiem juz zrobic sama. Przy okazji malo nie wpadam pod pedzacy motor.
MAMO, TATO obiecuje, ze od tej pory bede BARDZO ostrozna.
Wsciekala docieram do domu. Ktos ma mnie przeniesc sie do nowego mieszkania ale oczywiscie cicho i glucho. Dzwonie do Sid’a, aiesec’owca pochodzacego z Delhi, ktory juz mi bardzo pomogl. Dzien przez rozpoczeciem pracy zabral do miasta, pomogl kupic telefon i poszlismy do kina na Harego Pottera (w trakcie seansu jest przerwa!hiihi). Sid pojawia sie w ciagu 15 minut i jedziemy.
Ludzie na Nungambakam, gdzie teraz mieszkam, sa w Indiach od dluzszego czasu, mieszkaja juz razem z rok i potrzeba czasu bym sie “wkrecila”. Witaja mnie serdecznie ale nie cieplo. Ja z biegu wale miedzykulturowego babola, zmeczona calym dniem, mowie o problemach jakie z mialam z “china people” co w wolnym tlumaczeniu oznacza nie chinczykow a ludzi z porcelany. Troche tak jakby “Polish people” oznaczalo nie Polakow a polerki. Szybciutko sie poprawiam i mowie glosno i wyraznie, ze nie mam nic przeciwko ludziom z Chin ani skadkolwiek inad. Wszyscy w mieszkaniu sa “cool” co mnie troszeczke drazni. Wole tych cieplych i sympatycznych ludzi, ktorzy sprawiaja, ze czujesz sie jak w domu. I co z tego, ze cieple kluchy?
Pierwszy wieczor - filmik. Milo.
Ale co to za mieszkanie! Co za luksus! Pralka typu “Frania”, zelazko, kuchnia pelna naczyn, lazienka z toaleta zamiast dziury, zolte sciany, plastikowe krzesla. Prawie jak w domu. Prawie robi roznice. hihi
ZDJECIE: Matka-Hinduska