
Czwary dzien i ciagle pada. Mam bardzo zle sny, chaotyczne koszmary. Szok kulturowy trwa.
Drugiego dnia bylam z aiesec’owcami na plazy pomagajac im w dzialaniach na rzecz organizacji. Piasek bardzo zolty, mnostwo biedoty i dzieciakow, straganow z zarciem i kiczu typowego dla takich miejsc jak np. wesole miasteczka. Bylo calkiem milo, oczywiscie nikt sie nie kapie ale zjedlismy sobie lody nad brzegiem. Potem jeszcze wizyta w kilku kawiarniach ale zrozum Hindusa w jakim celu.
Wciaz nie mam swojego miesjca w mieszkaniu. Para z chin (Tracy I John – okazuje sie, ze Chinczycy oprocz swoich uzywaja tez angielskich imion) miala byc rozdzielona, tak bym mogla mieszkac z dziwczyna ale pod zadnym pozorem nie chca sie zgodzic.
Powody:
1. Jesli chinska para zostanbie rozdzielona bedzie przekleta.
2. Wg. chinskiego “Zlotego Prawa”: Jesli czegos nie chcesz nie pozwol nikomu by cie do tego zmusil
Tak wiec wciaz spie katem na materacu w pokoju Serbek.
Trzeciego dnia jestem dzielna, niezalezna Podrozniczka (buahah), wiec biore mapre 12-milionowego Madrasu i ruszam na miasto. Cztery godziny piechota i rikszami: zaczynam od Uniwersytetu w Chennai (piekne kolonialne budynki), przez nadbrzezne muzea (?), do Portu Chennai. Slumsy – placze i mam odruch wymiotny, nie moge uwierzyc. A potem kolejne piekne kolonialne budynki stacji kolejowej i korporacji Madrasu (czymkolwiek ona jest).
Gubie droge i pozwalam zedrzec z siebie niebotyczne pieniadze za riksze czyli w zalotowkach przeplacam 60 groszy.
Z jednej strony wszedzie chca mnie oszukac i musze walczyc o kazde takie 60 groszy a z drugiej strony jako biala kobieta jestem traktowana jak VIP – przepuszczana w kolejkach, witana przez ludzi na ulicach, ale i zawsze pod obstrzalem setek par oczu.
Wracam do domu potwornie glodna – przez caly dzien nie moglam znalezc sensownego miejsca na posilek. Wspollokator z Chin – Karl, najmilszy z calej piatki – zabiera mnie do indyjskiej restauracji. Zamawiam pomidory z nan chlebkiem (najbezpieczniejsze) a moj towarzysz oczywiscie ryz. Na deser dostaje plasterek pomidora w cukrze – chinski przysmak. Zjadam dzielnie i jestem milo zaskoczona.
Potem jeszcze wizyta w “centrali telefonicznej” – cos w rodzaju sklepiku z budkami telefonicznymi jak na poczcie w PRL. Rozmowa z Krzysiem i Mama. Staram sie nie plakac ale opowiadajac o zyciu tutaj sama jestem zaskoczona jakie jest trudne. Brak czystej wody, gazu, ubostwo, materac na podlodze, slamsy, pogoda-sauna, komary, dziwne jedzenie itd.
Wieczor z Milena z Serbii i Younem z Holandii na pifku za niebotyczna cene 12 zl., pewnie dlatego, ze wiekszosc knajp jest w hotelach. W tzw. miedzyczasie okazuje sie, ze zwalnia sie miejsce w jednym z mieszkan i na dniach bede mogla sie przeniesc. Holender bedzie jednym z moich wspollokatorow. Bardzo sie ciesze ale szkoda mi zostawiac Serbki. Kochane dziewczyny, bardzo mi pomogly Same maja problemy, nie tylko z mieszkaniem ale i z praca. Jak do tej pory jakosc praktyk aiesec pozostawiam wiele do zyczenia.Bardzo zle sny – najglebsze leki, podswiadomosc na wierzchu. Po przebudzeniu nie wiem gdzie jestem i dlaczego. Jutro pierwszy dzien w pracy – bardzo dobrze
Drugiego dnia bylam z aiesec’owcami na plazy pomagajac im w dzialaniach na rzecz organizacji. Piasek bardzo zolty, mnostwo biedoty i dzieciakow, straganow z zarciem i kiczu typowego dla takich miejsc jak np. wesole miasteczka. Bylo calkiem milo, oczywiscie nikt sie nie kapie ale zjedlismy sobie lody nad brzegiem. Potem jeszcze wizyta w kilku kawiarniach ale zrozum Hindusa w jakim celu.
Wciaz nie mam swojego miesjca w mieszkaniu. Para z chin (Tracy I John – okazuje sie, ze Chinczycy oprocz swoich uzywaja tez angielskich imion) miala byc rozdzielona, tak bym mogla mieszkac z dziwczyna ale pod zadnym pozorem nie chca sie zgodzic.
Powody:
1. Jesli chinska para zostanbie rozdzielona bedzie przekleta.
2. Wg. chinskiego “Zlotego Prawa”: Jesli czegos nie chcesz nie pozwol nikomu by cie do tego zmusil
Tak wiec wciaz spie katem na materacu w pokoju Serbek.
Trzeciego dnia jestem dzielna, niezalezna Podrozniczka (buahah), wiec biore mapre 12-milionowego Madrasu i ruszam na miasto. Cztery godziny piechota i rikszami: zaczynam od Uniwersytetu w Chennai (piekne kolonialne budynki), przez nadbrzezne muzea (?), do Portu Chennai. Slumsy – placze i mam odruch wymiotny, nie moge uwierzyc. A potem kolejne piekne kolonialne budynki stacji kolejowej i korporacji Madrasu (czymkolwiek ona jest).
Gubie droge i pozwalam zedrzec z siebie niebotyczne pieniadze za riksze czyli w zalotowkach przeplacam 60 groszy.
Z jednej strony wszedzie chca mnie oszukac i musze walczyc o kazde takie 60 groszy a z drugiej strony jako biala kobieta jestem traktowana jak VIP – przepuszczana w kolejkach, witana przez ludzi na ulicach, ale i zawsze pod obstrzalem setek par oczu.
Wracam do domu potwornie glodna – przez caly dzien nie moglam znalezc sensownego miejsca na posilek. Wspollokator z Chin – Karl, najmilszy z calej piatki – zabiera mnie do indyjskiej restauracji. Zamawiam pomidory z nan chlebkiem (najbezpieczniejsze) a moj towarzysz oczywiscie ryz. Na deser dostaje plasterek pomidora w cukrze – chinski przysmak. Zjadam dzielnie i jestem milo zaskoczona.
Potem jeszcze wizyta w “centrali telefonicznej” – cos w rodzaju sklepiku z budkami telefonicznymi jak na poczcie w PRL. Rozmowa z Krzysiem i Mama. Staram sie nie plakac ale opowiadajac o zyciu tutaj sama jestem zaskoczona jakie jest trudne. Brak czystej wody, gazu, ubostwo, materac na podlodze, slamsy, pogoda-sauna, komary, dziwne jedzenie itd.
Wieczor z Milena z Serbii i Younem z Holandii na pifku za niebotyczna cene 12 zl., pewnie dlatego, ze wiekszosc knajp jest w hotelach. W tzw. miedzyczasie okazuje sie, ze zwalnia sie miejsce w jednym z mieszkan i na dniach bede mogla sie przeniesc. Holender bedzie jednym z moich wspollokatorow. Bardzo sie ciesze ale szkoda mi zostawiac Serbki. Kochane dziewczyny, bardzo mi pomogly Same maja problemy, nie tylko z mieszkaniem ale i z praca. Jak do tej pory jakosc praktyk aiesec pozostawiam wiele do zyczenia.Bardzo zle sny – najglebsze leki, podswiadomosc na wierzchu. Po przebudzeniu nie wiem gdzie jestem i dlaczego. Jutro pierwszy dzien w pracy – bardzo dobrze
ZDJECIE: krowy w Madrasie